Niedźwiedzie kroniki Opowiadania

W Gawrze

17 maja 2021

Dvallar wiedział, że Lavra się wścieknie. Mimo wszystko nie mógł zostawić ludzkiego dziecka na pastwę losu.

Wędrował całą noc, patrolując wschodnią część puszczy. Już prawie świtało. Dvallar wspiął się na największą skałę, jaką miał w polu widzenia i rozejrzał się po okolicy. Pierwsze poranne promienie leniwie padały na korony drzew. Niebo robiło się złote. Stał przez chwilę wyprostowany i oddychał głęboko. Chłodny wiatr targał mu ciemne futro na piersi i rozwiewał długą, gęstą brodę. Kiedy słońce rozświetliło dolinę i strzeliste skały na południu, jego wzrok dostrzegł coś nietypowego. Zmrużył brązowe oko, żeby się lepiej przyjrzeć. Niewielka, jaskrawa plama odcinała się na tle  szarych kamieni porośniętych mchem. Zaczął intensywnie węszyć. Zimne, poranne powietrze wypełniło jego nozdrza niosąc cenne informacje. Wiatr pachniał krwią. Ludzką krwią. Oprócz krwi, Dvallar wyczuł też przerażenie i strzępki rozpaczy, która powoli rozwiewała się w październikowym powietrzu. I jabłka. Tak, z całą pewnością są tam jabłka. 

“A miałem wracać do domu” – powiedział do siebie. Spojrzał jeszcze tęsknie na południe, w stronę domu, i ruszył w przeciwnym kierunku.  

Kiedy dotarł do wąskiej, skalnej szczeliny spostrzegł leżącą tam drobną istotkę. Niedźwiedź sprawnie zeskoczył ze skalnej półki i nachylił się nad ciałem, żeby się lepiej przyjrzeć.  Dziewczynka była nieprzytomna, ale wciąż żyła. Leżała na brzuchu, twarzą w dół. Brzydka rana na potylicy wymagała opatrzenia. Jaskrawa plama okazała się być różowym plecakiem. To właśnie z plecaka wydobywał się intensywny, jabłkowy aromat. Z pewnym trudem udało mu się rozpiąć zamek błyskawiczny czarnymi pazurami. Był bardzo ostrożny – wszystko po to, żeby przypadkiem nie drasnąć i tak już nieźle pokiereszowanej właścicielki. Wyciągnął z plecaka żółtą kurtkę, pustą butelkę i emaliowany kubek. Pod spodem czekały na niego dwa dorodne, czerwone jabłka i batonik zbożowy zapakowany w folię. Niestety będzie się z nią musiał nieźle namęczyć. Sięgnął po jedno z jabłek i w całości zapakował sobie do ust. Przeżuł je i przełknął. Warto było nadłożyć trochę drogi.

“I co ja mam z tobą zrobić?” – zwrócił się do dziewczynki. Brak odpowiedzi nieszczególnie go zaskoczył. Podrapał się po gęstej brwi i westchnął ciężko. Ostrożnie ją uniósł i zaczął wędrówkę do domu.

“Powiem Lavrze, że nie miałem wyboru” – mruczał do siebie. Wiedział, że jego żona nie będzie zachwycona. Niósł dziecko na prawym ramieniu tak, jakby nie ważyło ani grama. Po mchu stąpał zaskakująco lekko i całkowicie bezszelestnie. 

Drewniane drzwi do Gawry otworzyły się z piskiem. Dvallar wszedł do sieni. Gawra była czymś znacznie więcej niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Owszem, była jaskinią i – jak na jaskinię przystało – jej wystrój był dość surowy. Jednak każdy, kto spodziewa się wyściełanego suchą trawą barłogu, z całą pewnością nie wie zbyt wiele na temat Niedźwiedzi. Mowa oczywiście o pradawnych opiekunach lasu, nie o leśnych zwierzętach.  

Wydrążona w ciemnej skale pieczara dzieliła się na sień i dwie izby, które były oddzielone od siebie prowizorycznymi drzwiami z ogromnych płatów dębowej kory.  Izba kuchenna była największa. Jej centralnym punktem było imponujących rozmiarów palenisko. W jednej ze ścian wykuto okno o nieregularnym kształcie, z którego można było wyjrzeć na południe. Pod oknem, na dobrze ubitym klepisku stał wysoki drewniany stół na czterech topornych nogach. Dookoła stołu Dvallar poustawiał niskie stołki wyciosane z grubego, bukowego pniaka. Drugą izbę wykuto głęboko w skale. Na podłodze leżały luźno ułożone deski. Miękkie łoże z mchu swobodnie zmieściłoby pięć słusznych rozmiarów Niedźwiedzi. Na skalnych ścianach wisiały zwierzęce skóry i poroża. Trudno oczekiwać, że przeciętny człowiek doceniłby warunki Gawry, ale Niedźwiedzie nie miały powodów do narzekania. 

“Tata!” – rozpędzony chłopiec podbiegł do Dvallara i przylgnął do jego piszczeli. Nie widzieli się od wielu dni. 

“Witaj, Bjarni” – powiedział Niedźwiedź i pogładził syna po jasnej czuprynie.

“Co tam masz? Co tam masz?” – maluch zauważył przewieszoną przez ramię ojca drobną postać i zaczął podskakiwać. Nie był w stanie jednak sięgnąć tak wysoko.

“Jabłko” – Dvallar zakręcił się wokół Bjarniego starając się ukryć nieprzytomną dziewczynkę w cieniu swojej gęstej brody i pomachał chłopcu przed nosem rumianym owocem.

“Nie o to mi chodzi! Co masz po drugiej stronie? Czy to jakieś PORZĄDNE jedzenie?”

“Bjarni, idź pobawić się na dworze. Muszę porozmawiać z mamą. Potem Ci wszystko wyjaśnię, dobrze?” – powiedział Niedźwiedź łagodnym tonem.

“No dobra” – burknął Bjarni i zrobił obrażoną minę. – “I tak nie chciałem siedzieć tutaj z Grimą. Nie lubię go… ”

Kiedy Dvallar usłyszał imię Grimy, włos zjeżył mu się na plecach.

“Jest tutaj?” – zapytał. Chłopiec w odpowiedzi kiwnął głową. Stary Niedźwiedź też nie lubił Grimy. W gruncie rzeczy nikt poza Lavrą nie darzył tej szemranej postaci szczególną sympatią.

Z ostudzonym zapałem odsunął drzwi z dębowej kory i wszedł do izby kuchennej. Grima unosił się nad stołkiem. Przy porannym świetle wpadającym do izby był ledwo widoczny. Gość Lavry, zwany przez niektórych mieszkańców puszczy Cieniem, był upiornym stworem. Wyglądał jak strzęp ciemnej, gęstej mgły. Nie miał określonego kształtu ani formy. Za to obserwował otoczenie parą czerwonych, świecących oczu wyłaniających się z kłębów ciemnego powietrza. Lavra siedziała przy stole naprzeciwko Grimy. Kobieta była ogromna i piękna, na swój osobliwy, nieposkromiony i pierwotny sposób. Miała sztywne, jasne włosy sięgające aż do pełnych bioder. Na widok męża w pierwszej chwili uśmiechnęła się szeroko, prezentując szereg ostrych, białych zębów. W dzikich, stalowo-błękitnych oczach zatańczyły jej srebrne iskierki. Chociaż jej twarz zwykle była surowa i zwierzęca,  to radość nadała jej niemal ludzki wygląd. Dvallar uwielbiał ją taką oglądać, chociaż sposobność ku temu miał niezwykle rzadko. Uśmiech spełzł jej jednak z ust w momencie, w którym spostrzegła, że Niedźwiedź że niesie coś na plecach.  

“Dvallar, czy to jest człowiek?” – zapytała.

“Tak mnie witasz po długiej rozłące?” – odpowiedział Niedźwiedź. “Witaj, Grima” – dodał oschle. Nie uraczył leśnego ducha nawet spojrzeniem.

“Jeśli to człowiek, to liczę, że zaraz odniesiesz go tam, skąd go zabrałeś” 

“Możesz po prostu oddać go mnie” – szyderczo wtrącił Grima. Cień sprawiał wrażenie, rozbawienia całą tą sytuacją.

“Przyniosłem dziecko tutaj, żeby ochronić je przed takimi jak ty” – warknął Niedźwiedź.

“Ludzkie dzieci to rarytas. Nie ukrywam, że jestem przed śniadaniem” – powiedział rozmytym, lodowatym głosem i zachichotał. Ten głos sprawiał, że ciarki przebiegły Dvallarowi po włochatych plecach.

“Wynoś się stąd, Grima. Chcę pomówić z Lavrą” – gdyby Grima miał ramiona, z całą pewnością teraz by nimi wzruszył. Spojrzał na Lavrę, skłonił się i bez słowa uleciał przez okno. 

Lavra wycelowała w Dvallara ostre spojrzenie jasnych oczu. 

“Odnieś je tam, skąd je zabrałeś” – powtórzyła Lavra, zupełnie ignorując Grimę i to, w jaki sposób opuścił niedźwiedzie towarzystwo. Niedźwiedź jednak zamiast wrócić do skalnej szczeliny i zostawić tam nieprzytomne dziecko na pewną śmierć, ułożył je ostrożnie pod ścianą. Następnie ściągnął z włochatych pleców pelerynę i nakrył je szczelnie. 

“Lavro, skarbie. Miej litość. To jeszcze dziecko. Zdechnie z głodu albo coś je zeżre. Zresztą słyszałaś Grimę. Ta menda ostrzy sobie na nie zęby.” 

“Który to już raz? Trzeci? Czwarty? Nie ocalisz wszystkich młodych zagubionych w puszczy. Nie możemy przyjmować wszystkich znajd do Gawry” – mówiła powoli i wyraźnie, jakby chciała się upewnić, że każde z wypowiadanych słów trafi do męża. 

“Nie mogłem go tam zostawić. Będzie tak jak ostatnio. Wyleczymy je i nakarmimy. A potem podrzucimy nocą do miasteczka”

“Oszaleję z tobą, przysięgam” – Lavra ukryła twarz w dłoniach. Zapewne po to, żeby ukryć uśmiech, który przemknął przez jej srogą twarz. Dvallar wiedział już, że udało się mu ją rozbroić. “Dobrze. Ale tylko dopóki nie stanie na nogi. I nie licz na moją pomoc. Nie mieszaj mnie do tego. Nie będę jej karmić ani niańczyć. Ludzkie młode to twój problem. A jeśli w jakikolwiek sposób odbije się to na Bjarnim, przegryzę tętnicę szyjną. Najpierw jej, potem tobie.” 

Dvallar objął ją niezgrabnie i ucałował w czubek głowy.

“Dziękuję. Kocham Cię.”


“Tato, tato! Obudziło się!” – Bjarni darł się wniebogłosy. Dziewczynka przetarła oczy z niedowierzaniem. To sen – pomyślała. Przed nią stał niewielki, włochaty stwór. Ni to człowiek, ni bestia. Głos utkwił jej w gardle i nie mogła wypowiedzieć ani słowa. Kiedy zza pleców stojącej nad nią postaci wyłoniła się druga, jakieś sześć razy większa, rozpłakała się. 

“Ćśśś” – Dvallar przyłożył wielki palec do ust, ale widok długiego, czarnego pazura zdawał się jeszcze pogorszyć sprawę. Dziewczynka zaczęła płakać jeszcze głośniej. “Pewnie jesteś głodne, co? Przyniosę ci coś do jedzenia” – powiedział Niedźwiedź nerwowo. Wstał i wyszedł z Gawry. Tuż przy wejściu stała oparta o drzwi Lavra. 

“Słyszę, że świetnie ci idzie” – powiedziała uśmiechając się szyderczo. Niedźwiedź tylko prychnął i wyminął ją bez słowa – “Lepiej je ucisz, bo ten wrzask wypłoszy mi z okolicy całą zwierzynę” – dodała.

Dvallar wracał ze spiżarni z naręczem czarnych jagód. Kiedy przekroczył próg,  nie słyszał już płaczu dziewczynki. Ostrożnie odsunął fragment kory i zajrzał do środka.

Bjarni siedział na podłodze izby kuchennej naprzeciwko dziewczynki i żywo coś tłumaczył. Rysował coś pazurem na podłodze. Ojciec postanowił nie wkraczać od razu i przyglądał się z zaciekawieniem przez wąską szczelinę. 

„Tutaj jest puszcza, to kółko to Gawra” – tłumaczył Bjarni. – “Za rzeką jest miasteczko. Tam nie wolno mi chodzić. Tato znalazł Cię tutaj, w skalnej rozpadlinie i przyniósł do nas” – tłumaczył, kreśląc linię między Szarymi Skałami a Gawrą – „Spałaś przez dwa dni w naszej kuchni. A z tyłu głowy masz wielką, wstrętną dziurę” –  Arnvi sięgnęła dłonią do swojej potylicy i skrzywiła się. 

„Boli?”

„Trochę”

„Przejdzie” – Bjarni machnął niedźwiedzią łapą. – „Ja wciąż skądś spadam. Smarują mnie wtedy taką obleśną mazią. Śmierdzi jak tyłek, ale szybko pomaga” – Arnvi zachichotała na dźwięk słowa “tyłek”.  

Kiedy Niedźwiedź usłyszał, że rozmowa schodzi na tyłki, od razu postanowił wkroczyć. Drzwi skrzypnęły i Dvallar władował do środka swoje wielkie cielsko. Bjarni odwrócił się do ojca.

„Hej tato, to jest Arnvi” – przedstawił dziewczynę z entuzjazmem. “I z całą pewnością jest dziewczyną”.

„D-dzień dobry” – Arnvi przywitała się uprzejmie. 

„Witaj w Gawrze. Widzę, że zdążyliście się zaprzyjaźnić” – powiedział Dvallar z uśmiechem. Jego głos był głęboki i brzmiał trochę jak trzeszczenie starych drzew na silnym wietrze. 

„Można tak powiedzieć” – przytaknął Bjarni – „Staram się być uprzejmy. Tak jak mi kazałeś” – wyszczerzył się. Ojciec potarmosił go po głowie.

“Brawo Bjarni” – Niedźwiedź usiadł na klepisku obok pary dzieciaków i zwrócił się do swojego gościa. „Przyniosłem ci trochę jagód.” – położył przed Arnvi owoce. Źrenice dziewczynki rozszerzyły się na widok jedzenia. Prędko wpakowała sobie do ust kilka garści na raz. Nawet Bjarni był pod wrażeniem łapczywości z jaką je pożerała.

“Nazywam się Dvallar. Jestem opiekunem puszczy” – powiedział to w taki sposób, jakby z byciem opiekunem puszczy wiązała się kolosalna odpowiedzialnością i kosztowała masę wysiłku.

“Łał” – odpowiedziała Arnvi z buzią pełną jagód. Dvallar zarumienił się pod długą brodą. Zdecydowanie zrobiło to na niej wrażenie. Dziewczynka wyobraziła sobie puszczę jako bardzo wymagającego kucyka, któremu Dvallar czyści kopytka, pielęgnuje sierść i zaplata warkocze na błyszczącej grzywie długimi, czarnymi pazurami. Na koniec całość zwieńcza różową kokardką na ogonie. 

„Pamiętasz, z którego miasteczka pochodzisz?” – zapytał Niedźwiedź – „Kaldby? Helgård?” 

Arnvi zasępiła się trochę.

„Mieszkałyśmy z mamą w Helgård. Ale szłyśmy do Kaldby” 

„Pamiętasz, co wydarzyło się po drodze? Dlaczego zostałaś sama?” – dziesięciolatka przez chwilę milczała. Kilka razy otwierała fioletową od jagód buzię, żeby coś powiedzieć. Za każdym razem jednak słowa stawały jej w gardle.

„Nie pamiętam” – wydusiła w końcu.

“Nie przejmuj się, ja stale się gubię w puszczy. Czasami mama zostawia mnie w miejscu, którego nie znam i każe samemu wracać do domu” – wtrącił Bjarni.

“Dojdziesz do siebie i pomożemy ci wrócić do domu” – powiedział Dvallar z uśmiechem. Arnvi zamiast w jakikolwiek sposób się do tego odnieść, zapytała po prostu:

“Czy mogę dostać jeszcze trochę jedzenia?”


Październik był wyjątkowo ciepły. Słońce całe dnie oświetlało polanę przed Gawrą. Arnvi szybko wdrożyła się w rutynę panującą w domu Niedźwiedzi. Lavra, Dvallar i Bjarni wstawali o świcie i spotykali się w izbie kuchennej. Bjarni budził Arnvi śpiącą przy palenisku i całą czwórką zasiadali do stołu. Dvallar przynosił ze spiżarni leśne owoce, dzikie jabłka, tarninę albo orzeszki bukowe.  Od czasu do czasu na stole pojawiał się też miód i śmietana. Po napełnieniu żołądków każdy zabierał się za swoje obowiązki. 

Lavra zwykle znikała w leśnych ostępach i spędzała tam większość dnia. Często przed wyjściem wołała do siebie syna. Bjarni wspinał się jej na plecy i wyruszał z nią.

“W drogę!” – piszczał niedźwiadek, uczepiony jasnych włosów Lavry. – “Na razie, Arnvi! Pobawimy się jak wrócę!”

Przy matce uczył się przetrwania w puszczy i okalających ją górach. Kobieta pokazywała młodemu, jak tropić, polować i zdobywać jedzenie. Uczyła go wszystkich prastarych leśnych prawd, z którymi zaznajomiony powinien być każdy Niedźwiedź. Po powrocie chłopiec wylewnie witał się z ojcem. Wieszał mu się na szyi i z przejęciem opowiadał o wszystkim, co spotkało go u boku matki. Zwykle był tak zmęczony, że nie miał siły na wspólne zabawy z Arnvi. Ze smakiem zjadał porcję surowego mięsa, nie zważając na dziewczynkę, która za każdym razem udawała, że obficie wymiotuje. Po posiłku zwijał się w kłębek na polanie przed wejściem do jaskini i drzemał. Kiedy zapadał zmrok, Dvallar zanosił Bjarniego do Gawry i układał na miękkim mchu.  

Arnvi wolała, kiedy Bjarni zostawał w Gawrze, zamiast włóczyć się z matką po lesie cały dzień. Dzieciaki wspólnie biegały po polanie, chowały się w wysokiej trawie i nieudolnie próbowały zakraść się do lasu. Czujne oko Dvallara jednak za każdym razem w porę dostrzegało ich zapędy.

“Wracać mi tu natychmiast” – wołał, na co Arnvi z Bjarnim posłusznie wracali na polanę. Raz udało się im skutecznie zakraść do spiżarni i wyjeść najbardziej soczyste gruszki z wielkiego kosza na owoce. Zdradziły ich jednak lepkie paluchy i słodki zapach, który przykleił się Bjarniemu do futra. Za karę musieli zalepiać żywicą nieszczelności w drewnianych plastrach, które już wkrótce miały posłużyć do zasłonięcia wszystkich otworów w Gawrze, aby osłonić jej wnętrze przed nadchodzącą zimą. 

Kiedy jednak Lavra zabierała Bjarniego, Arnvi cały dzień włóczyła się za Dvallarem i towarzyszyła mu w wykonywaniu codziennych zajęć. Jesienne miesiące jak co roku upływały Niedźwiedziowi na przygotowaniu Gawry na zimę oraz gromadzeniu zapasów. Dziewczynka przyglądała się uważnie i słuchała jego historii, które snuł podczas wspólnych wypraw, na których zbierali grzyby i owoce. Dvallar znał puszczę od podszewki i bardzo chętnie dzielił się z dzieckiem swoją wiedzą. Arnvi z kolei trochę wstydziła się pytać o znaczenie każdego słowa, którego nie rozumiała, ale chłonęła mądrości Dvallara w takim stopniu, w jakim tylko była w stanie. Poza leśnymi wędrówkami, zajmowali się także ogródkiem warzywnym, który Niedźwiedź założył na południowym krańcu polany. W październiku przychodził czas na zbieranie buraków, brukwi i dorodnych główek białej kapusty. Arnvi stale odmawiała jedzenia surowego mięsa, więc Dvallar sporo czasu w ciągu dnia spędzał nad paleniskiem, usiłując nieudolnie przyrządzić dziecku zjadliwy posiłek. Dziewczynka z grzeczności nadgryzała przypalony lub na wpół surowy kawałek i z trudem go przełykała.

“I jak?” – pytał Dvallar.

“Dobre” – usiłowała się uśmiechnąć, ale łzy w jej oczach zdradzały, że nie miała do czynienia z kulinarnym arcydziełem. Niedźwiedź wtedy litował się nad nią. Zabierał jej mięsną katastrofę sprzed nosa i przynosił warzywa.

“Potrzebujemy więcej soli” – zarządził. “W przyszłym tygodniu wybierzemy się do wiedźmy. Wytrzymasz jeszcze tydzień na burakach i marchwi?” – Arnvi pokiwała głową z entuzjazmem. Kto by nie chciał wybrać się do najprawdziwszej wiedźmy? Nie wspominając nawet o tygodniu bez eksperymentów Dvallara.

Lavra z reguły nie odzywała się do swojego gościa. Zwykle nawet nie zaszczycała jej spojrzeniem. Kiedy zwracała się do Arnvi, miała dla niej bardzo konkretne polecenie. Nie używała także jej imienia – mówiła po prostu “ludzkie młode”. 

“Ludzkie młode, przesuń się”. Albo – “Ludzkie młode już zjadło? To niech po sobie posprząta”. Ewentualnie – “Ludzkie młode, bądź tak miłe i zamknij za mną drzwi”. Arnvi próbowała radzić sobie z nastawieniem Lavry na wiele różnych sposobów. Na początku była ostrożna i starała się nie wchodzić jej w drogę. Potem zmieniła strategię na bycie miłą do bólu – miała ją opanowaną do perfekcji, w końcu nic lepiej się nie sprawdzało przy Tone, jej własnej matce. Kiedy i ta strategia zawiodła, Arnvi pozwoliła sobie raz na opryskliwe odburknięcie (“Niech tylko wyciągnę swój akt urodzenia i sprawdzę, czy mam tam wpisane Ludzkie Młode! O nie, jak mi przykro! Chyba został w Helgård!”), co Lavra skwitowała tylko lodowatym spojrzeniem w jej kierunku. Arnvi nie odważyła się więcej na ironię w kierunku do Lavry. Postanowiła za to porozmawiać z Dvallarem na ten temat. 

“Z Lavry jest trochę zołza” – powiedziała mu siedząc na ogrodzeniu otaczającym jego warzywny ogródek. Niedźwiedź spojrzał na nią i początkowo się roześmiał. Po chwili dodał jednak z powagą:

“To nieprawda. Lavra ma złote serce. Po prostu dużo w niej niedźwiedzia. Takiego… Prawdziwego niedźwiedzia”

“Myślałam, że wy i prawdziwe niedźwiedzie to dwa zupełnie różne gatunki” – zdziwiła się Arnvi.

“Nie do końca” – odpowiedział Dvallar i wrócił do wykopywania buraków.

“Skąd się biorą Niedźwiedzie takie jak wy? Takie… ludzkie Niedźwiedzie” – dopytywała Arnvi z charakterystyczną dla siebie dociekliwością. Dvallar z kolei wydawał się być całkiem zadowolony mogąc być dla dziewczynki źródłem wiedzy o zupełnie nieznanym jej świecie. 

“Rozmnażamy się i rodzimy. Ludzkiego – jak to ujęłaś – Niedźwiedzia może urodzić inna Niedźwiedzica, albo taka zupełnie zwyczajna niedźwiedzica. Tak samo  Niedźwiedzica na dwóch nogach może urodzić podobnego sobie małego Niedźwiedzia, albo zupełnie zwyczajnego niedźwiadka.” – powiedział.

“A więc Lavrę urodziła normalna niedźwiedzica, na czterech łapach i z puszystymi uszkami?” – zapytała, na co Dvallar przytaknął. “A ciebie?”

“Moimi rodzicami była dwójka ludzkich niedźwiedzi. To długa historia, kiedyś ci o nich opowiem” 

“A wy ile macie dzieci? Ty i Lavra?”

“Dwadzieścia cztery niedźwiadki” – powiedział dumnie. “Ale tylko dwójka z nich należy do Niedźwiedziego Ludu. Reszta to zupełnie zwyczajne niedźwiedzie”

“A więc Bjarni ma rodzeństwo?”

Dvallar skinął głową i nic więcej nie powiedział. Widocznie się zasmucił. Arnvi zamilkła. Niedźwiedź otrzepał wielkie dłonie z ziemi i oddalił się samotnie w kierunku Gawry, zostawiając Arnvi siedzącą na płocie. 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply