Historie z podróży Skandynawia

Smugi

17 maja 2021

„I co, było warto jechać taki kawał, skoro nie widziałaś zorzy?” – słyszę w głowie to pytanie. Wymierzone w moją stronę z ironicznym uśmiechem.

(w końcu nikt lepiej ode mnie nie potrafi sabotować mojego dobrego nastroju.)

Próbuję odpowiedzieć, ba – jak ostatnia idiotka zaczynam się przed sobą tłumaczyć. „Wiesz, nie przyjechałam wyłącznie po zorzę. Przyjechałam z tęsknoty za ukochaną, surową Skandynawią. Te spotkania zawsze są wyjątkowe i osobiste. Czuję jakąś magię, ona ciągnie mnie jak magnes.”

„Aga, do cholery, jesteś ostatnią osobą której musisz to tłumaczyć” – muszę się trochę zrugać, bo mnie te wewnętrzne dialogi kosztują za dużo energii. Ale głosik się przymknął. A ja mogę znów cieszyć się moją Północą.

*

To jeden z tych dni, kiedy wszystko idzie zupełnie inaczej, niż na początku zakładasz. Pług nie przejechał drogą do Parku Narodowego Muddus, więc nie możemy zrobić ogniska we wcześniej wypatrzonym miejscu. Jeszcze dwa dni wcześniej wszystko było przejezdne. Dziś drogę pokrywa gruba warstwa śniegu.

Zmiana planów numer jeden. Jedziemy w kierunku Ritsem, do parku Stora Sjöfjallet.

Nie będzie ogniska, ale będzie widok. Będą czerwone domki nad bielutkim jeziorem. I ta przejmująca cisza. Niebo jest błękitno-fioletowe. Śnieg też się błyszczy na fioletowo. Słońce powoli chowa się za górami po drugiej stronie jeziora.

Niebo. Bezchmurne. Ostatnia noc w Laponii. Powoli łączę kropki.

„Ej, może jednak wyjdzie nam ta zorza” – mówię. Zmiana planów numer dwa. Zmieniamy się w autora hunters. Dojeżdżamy do domu w Skaulo. Nie ma ciszy. Trochę się jakby chmurzy, chociaż udaję, że wcale nie widzę. Robię herbatę do termosu, wyprowadzam psy. W pośpiechu przeglądam mapę i prognozy. 25% szans na zorzę – mówi mi jeden z serwisów internetowych.

Szukamy miejsca, gdzie żadne światła nie będą wchodzić nam w paradę.

Zatrzymujemy się godzinę od domu. Pusta, wąską droga w lesie. Zanim Konrad przekręca kluczyk zerkam jeszcze na deskę rozdzielczą. -23°C. Rozkładamy statyw. Zaspy śniegu dookoła mają jakieś półtora metra. Przez chwilę mam ochotę się na nie wdrapać, ale zmieniam zdanie. Zawijam się w pled i siadam na zaspie, moszcząc sobie tyłkiem coś na kształt siedziska. Kładę się i patrzę w niebo. Czerń. Czerń. Gwiazdy. Czerń. Olbrzymi, jasny księżyc. Czerń. Ani śladu zorzy. Może zrobimy chociaż ładne zdjęcia nieba.

Konrad strzela kilka fotek na oślep. 30 sekund naświetlania. Leję herbatę do blaszanych kubeczków. Miętowy podaję Konradowi, swój wkładam w śnieg. W ciszy czekamy na kliknięcie. Patrzę jak kubek rozpuszcza śnieg pod spodem i wbija się w niego coraz głębiej. Kliknięcie. Konrad zagląda na mały ekranik.

„Nic nie ma”

„Pokaż”

Patrzę. I widzę. Coś tam jest. Cienka, prosta smuga. Jakby zielona, ale trudno jednoznacznie stwierdzić. Może to po prostu strzępek mgły?

„Spróbujmy jeszcze raz. Na tamtą stronę” – wskazuję palcem zagajnik. Minutę później wpatruje się w ekranik i widzę dwie smugi. Zielone.

„Cholera no, jest” – mówię.

Cykamy jeszcze kilka fotek. Wychodzą coraz słabiej.

Zmiana planów numer trzy.

Wracamy do Skaulo.

Mam mieszane uczucia. Cieszę się, że była. Ale mało mi jej. Czy ten zielony strzępek już się kwalifikuje jako spełnienie marzenia? Postanawiam, że tak.

Parkujemy pod czerwonym domkiem. Przy drzwiach drewniana tabliczka z napisem „Torpet”. Psy płoszą renifery, które odbiegają od wysokiego ogrodzenia zagrody.

Robię okrążenie wokół domku z Winter.

Nie wierzę.

Jest.

Widzę bez 30 sekund naświetlania. Gołym okiem. Rozstawiamy sprzęt. Nie potrafię uchwycić ruchu, ale niebo rozświetla pojedyncza smuga zielonego światła, która wyrasta nad drzewkami. Rozwija się nad moją głową i biegnie wzdłuż nieba, nad czerwonym domkiem, zagrodą z reniferami i całym lapońskim bezkresem. Znika po drugiej stronie horyzontu.

Czuję, jak po policzku leci mi pojedyncza łezka.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply