Niedźwiedzie kroniki Opowiadania

Dziecko, którego nikt nie szukał

17 maja 2021

To, że w Kaldby zaginęło dziecko, było jedyną rzeczą, jakiej wszyscy mogli być pewni.

W całym miasteczku huczało od plotek. Ludzie szeptali między sobą, a każda kolejna wersja nieco różniła się od poprzedniej. Półprawdy przeplatały się z kompletnymi bzdurami, a lokalne gazety prześcigały się w drukowaniu coraz bardziej absurdalnych nagłówków. W zależności od wersji, dziecko było raz dziewczynką, raz chłopcem. Raz było dzieckiem lokalnej alkoholiczki, innym razem wnuczką bogatych imigrantów. Raz mówiło się o nim jak o niemowlęciu, innym razem było dorastającym młodzieńcem. Według jednej z wersji zostało porwane przez szajkę bandytów, jeszcze inna opowiadała o tajemniczej postaci czającej się w gęstym poszyciu. Nikt nic nie wiedział, wszyscy spekulowali. 

O dziecku mówiło się dużo, ale wszystko wskazywało na to, że nikt nie robił nic, żeby je odnaleźć. Nikt nie rozwiesił plakatów na słupach ogłoszeniowych i na latarniach. Nikt nie przeszukiwał okolicznych lasów. Nikt nie nurkował w sadzawkach dookoła łąk. Kilkukrotnie stróże prawa stukali do drewnianych drzwi małych domków w wioskach na północ od Kaldby, ale to były jedyne działania funkcjonariuszy o jakich się mówiło.

W słoneczny, październikowy dzień drzwi komisariatu w Kaldby otworzyły się z piskiem. Do środka weszła drobna kobieta, szczelnie owinięta grubą, puchową kurtką. Rozejrzała się niepewnie po holu. Drżała na całym ciele i wyglądała tak, jakby mogła się w każdej chwili rozsypać na milion kawałków.

“Chciałabym zgłosić zaginięcie córki” – wyszeptała do młodego policjanta za kontuarem. Mężczyzna szybko podniósł się z krzesła i pobiegł do gabinetu jednego ze starszych stażem kolegów. Już po chwili przestraszona Tone siedziała przy biurku Sveinna Arnssona. Nie kojarzył jej twarzy, co było raczej nietypowe. W końcu to mała miejscowość – wszyscy znają się choćby z widzenia. Mężczyzna uznał, że Tone nie pochodzi z Kaldby. Nie mylił się – kobieta często zmieniała miejsce zamieszkania. Ostatnie tygodnie mieszkała w okolicach położonego niedaleko Helgård. Policjant wypytywał ją o okoliczności zniknięcia córki. Matka opowiedziała o tym, jak wędrowały razem lasami pomiędzy Kaldby a Helgård. Trzeciego dnia wędrówki – zaledwie osiem kilometrów od Kaldby, Tone obudziła się rano i spostrzegła, że oprócz niej w namiocie nikogo nie ma. Ośmioletnia Arnvi rozpłynęła się w powietrzu. Kobieta zdawkowo odpowiadała na pytania policjanta, kuląc się na niskim, drewnianym krześle. Kiedy Sveinn rozłożył przed matką dużą mapę regionu, wskazała mu palcem spory obszar puszczy u podnóża Starych Gór – teren trudny i nieprzystępny.

“Nazwisko ojca dziecka?” – zapytał funkcjonariusz, notując coś na świstku papieru.

“Nieznany” – odpowiedziała Tone – “Arnvi wychowywała się bez ojca.”

“A jakiś partner, mąż, konkubent?” – dopytywał Sveinn pocierając się po gęstych wąsach. Kobieta w odpowiedzi pokręciła tylko przecząco głową.

Kiedy Tone opuściła niski budynek komisariatu, Sveinn wciąż czuł w swoim gabinecie zapach przetrawionego alkoholu. 

“I co niej sądzisz?” – zapytał młody policjant obserwując przez okno, jak kobietę przechodzącą na drugą stronę ulicy.

“Sądzę, że jest pijana jak świnia i coś kręci”

“Co zrobimy?”

“My? Nic.” – Sveinn nie podniósł wzroku na współpracownika, podniósł za to słuchawkę i zadzwonił na komendę w Helgård, żeby przekazać im sprawę.

Trudno powiedzieć, dlaczego nikt nie dopilnował, by sprawę zamknąć – nie mówiąc już nawet o porządnym jej otwarciu. Może dlatego, że Kaldby leży na granicy dwóch gmin, podobnie jak okoliczne wzgórza i połacie lasu, więc nikt do końca nie poczuł się odpowiedzialny za jej rozwiązanie? Może nikt nie chciał podjąć się pracy w tak trudnym terenie? Może dlatego, że Tone w tak krótkim czasie dała się poznać władzom Helgård jako awanturnica i złodziejka, a ponadto lubiła zniknąć z radaru na wiele miesięcy?

A może dlatego, że o dziewczynkę nikt się nigdy nie upomniał?

Historia, która wydarzyła się w puszczy między Kaldby a Helgård miała jednak zupełnie inny przebieg, niż twierdziła Tone na komisariacie. Okoliczności zaginięcie małej Arnvi były nie tyle tajemnicze, co makabryczne.

Dziewczynka nie miała łatwego dzieciństwa. Tone była matką w biegu. Tułała się od zawsze. Nigdzie nie mogła zagrzać miejsca na dłużej. Była wolnym duchem, upadłą artystką, a przede wszystkim bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwą kobietą. Kiedy dowiedziała się, że już wkrótce przyjdzie na świat jej dziecko, chciała zapewnić mu wszystko, co najlepsze. Zerwała kontakt z ojcem dziewczynki. Bez słowa pożegnania wsiadła w pociąg i wyjechała. Porzuciła wybrzeże i wróciła w góry, w których się wychowywała. Chciała zacząć od nowa.  

Życie szybko zweryfikowało jej plany. Tone nie potrafiła zrezygnować z tułaczki, trudnych mężczyzn i alkoholu. Oprócz małej Arnvi, teraz wszędzie towarzyszyło jej przytłaczające poczucie winy.  Cicha i słodka dziewczynka nigdy się nie skarżyła. Była uprzejma wobec mężczyzn tłumnie przewijających się przez miejsca, w których akurat pomieszkiwały. Nigdy o nic nie prosiła. 

To nie było morderstwo. To był akt okrutnej przemocy, skierowany przeciwko istotce zbyt idealnej, by stale doświadczać trudów życia pod skrzydłami Tone. Kobieta pamiętała wszystkie krzywdy, jakie od dziecka wyrządzał jej świat. Wciąż miałą też w pamięci spojrzenie jej ostatniego klienta, kiedy w drzwiach stanęła malutka Arnvi. Dziwna, trudna do uchwycenia myśl pozwalała jej wierzyć, że decydując się na ten krok, wyświadcza dziecku przysługę.

Arnvi usłyszała ciche “przepraszam”, a po chwili jej okrągła i jasna buzia wykrzywiła się, kiedy w tył głowy uderzyło ją coś ciężkiego. Raz. Drugi. Trzeci. 

Ciemność. 

Tone przeciągnęła  bezwładne ciało córki i wrzuciła je do skalnej szczeliny. Płakała pakując namiot do plecaka. Łzy płynęły po jej policzkach przez całą drogę do miasteczka. 

Echa tych wydarzeń nigdy nie dotarły do Kaldby. Poza nielicznymi policjantami, nikt w miasteczku nie wiedział o istnieniu Tone czy Arnvi. Pomimo tego, każdy miał swoją teorię w kwestii zaginionego dziecka. Szalona Olga również – kobieta powszechnie uznawana za taką, co to razem z pigmentem we włosach zaczęła tracić resztki rozumu. “W lesie się już tym dzieckiem zajmą niedźwiedzie” – powtarzała. “Ale jak przeżyje zimę w puszczy, to przeżyje wszystko.”. Ludzie przewracali oczami słuchając bełkotu staruszki. Która – być może przez kompletny  przypadek – była najbliżej prawdy ze wszystkich.

Mijały miesiące, a w Kaldby o zaginionym dziecku robiło się coraz ciszej. Od czasu do czasu temat wypływał przy rodzinnych stołach i w lokalnych knajpach. Kiedy wiosna powoli zieleniła okolice miasteczka, o zaginionym dziecku mówiły już tylko matki, tłumaczące swoim dzieciom, dlaczego trzeba być w domu przed zmrokiem – “nie chcesz chyba skończyć jak tamto dziecko”.

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply