Niedźwiedzie kroniki Opowiadania

Dom nad jeziorem Hjarta

17 maja 2021

Długie, siwiejące włosy kładły się na oparciu wysokiego krzesła. Tone trzymała kubek z chłodną już herbatą przy ustach. 

Jej myśli krążyły wokół spraw, które już od dawna nie powinny mieć dla niej żadnego znaczenia. Para smutnych oczu dojrzała sójkę za podwójną szybą. Ptak grzebał dziobem w igliwiu pod ogrodowym stołem – jedynym miejscem w okolicy, którego nie przykryła gruba warstwa śniegu. 

Czerwony domek był świadkiem wielu przełomów w życiu Tone, ale po raz pierwszy odwiedziła go zupełnie sama. 

Ciemne deski podłogowe pamiętały ją jeszcze jako dziecko, biegające beztrosko na bosaka po werandzie. Ojciec przywoził ją tutaj co lato. Wakacje w czerwonym domku nad jeziorem Hjarta stanowiły dla niej jedne z niewielu radosnych wspomnień z dzieciństwa. I chociaż ojciec pił wtedy więcej niż zwykle, to był też znacznie bardziej przystępny. Nie złościł się o wszystko, nie nazwał jej małą kurwą. Prosił, gdy potrzebował pomocy. Przez te kilka dni w roku byli rodziną. Do południa pływali małą łódką po jeziorze. Wieczorami rozpalali ognisko. Po zmroku ojciec szedł spać, a Tone zbierała butelki i ustawiała je w rządku pod ścianą i wychodziła z czerwonego domku. Usypiała na hamaku zawieszonym pomiędzy dwoma wysokimi sosnami. Czasami budził ją głośny szloch ojca – wtedy kładła się na drugi bok, zaciskała powieki i próbowała szczelnie zakryć sobie uszy dłońmi.  

Kilkanaście lat później odwiedziła to miejsce z Erikkiem. Wędrowali z miasteczka cały dzień, żeby wieczorem rozpalić ogień w kominku czerwonej chatki. Tamtego dnia Tone nosiła pod grubym swetrem sznur pereł. Całą drogę wyobrażała sobie, że staje przed Erikkiem ubrana wyłącznie w naszyjnik. Lubiła myśleć – kto wie, być może zgodnie z prawdą – że Erikk na zawsze zapamięta perły na tle jej zaróżowionej skóry. Ona o nich w każdym razie wciąż pamiętała, chociaż minęło już ponad trzydzieści lat.

Kiedy śnieg stopniał, wszystkie trzciny porastające brzeg jeziora Hjarta widziały, jak dziewiętnastoletnia Tone odrzuca zaręczyny Erikka. 

Kobieta uśmiechnęła się na wspomnienie tamtej miłości. Z całą pewnością pierwszej. Ale czy ostatniej? Sama nie była pewna. Pewnie byłoby jej teraz lepiej. Spokojniej. Widocznie spokój nie jest pisany każdemu.

Po odrzuconych oświadczynach Tone zapomniała o chatce na wiele lat. Żaden z jej kolejnych mężczyzn nie odwiedził domku nad jeziorem Hjarta. Żaden następny nie widział jej też wyłącznie w perłach. Przynajmniej, dopóki nie poznała Hakona.

Młodszy od niej. Nieco roztargniony, zwłaszcza jak na policjanta. Hakon pracował przy sprawie zaginięcia jej jedynej córki, dziesięcioletniej Arnvi. Sam chciał jej towarzyszyć w podróży do domku nad jeziorem. “W takim stanie nie powinnaś zostawać sama” – powtarzał. Z całą pewnością nie chodziło o dobro dochodzenia, raczej o względy towarzyskie. Hakon wiedział, jak Tone zarabiała na życie. Mimo wszystko było w niej coś, co kazało policjantowi otoczyć ją opieką. Był przy niej, kiedy przepłakiwała całe dnie albo tępo wpatrywała się w drewniane ściany. Był przekonany, że rozpacz Tone wynika ze straty jedynego dziecka w niewyjaśnionych okolicznościach.  W końcu nic nie może równać się z bólem, jaki przeżywa matka po utracie dziecka – prawda? Nie przeszło mu nawet przez myśl, że przyczyna stanu kobiety jest zupełnie przeciwna. Nie była w stanie tego znieść. Samodzielnie dźwigała na barkach ciężar tego, co zrobiła swojej własnej córce. Ten romans nie mógł trwać długo. Tone nie mogła jednocześnie kochać i trwać w tym kłamstwie. 

Tone dzieliła mężczyzn na złych i dobrych. 

Źli – tych w jej życiu było zdecydowanie więcej – mieli dla niej przede wszystkim pogardę. Klienci, kochankowie, przelotne miłości. Pojawiali się na chwilę i zostawiali po sobie strzępki zapachu na pościeli, historie o podłych żonach i nieuchwytne wspomnienia pocałunków.

Tych drugich mężczyzn – dobrych – mogła policzyć na palcach jednej ręki. Ci mieli dla niej przede wszystkim litość. Jej ojciec, Erikk i Hakon. Wpuszczała ich do serca tak, jak wpuszczała do czerwonej chatki. Żadnego nigdy już nie wypuściła, choć w jej życiu ich już nie było. 

A jednak ta litość bolała – często znacznie bardziej niż pogarda, jaką częstowali ją ci źli mężczyźni. Litość odbierała jej moc, była ciężka i obraźliwa. Sprawiała, że wstydziła się samej siebie. 

Sójka odleciała. Zimowy ogród znów był pusty.

Tone dobrze wiedziała, jaki zew przygnał ją dzisiaj do czerwonego domku. Przyjechała po kolejny przełom. Chociaż była sama, wciąż czuła na plecach ciężar litości i obecność duchów  z przeszłości. Erikk, Hakon, Arnvi, ojciec.

Czuła się jak wrak statku na dnie morza. Zapomniany i przeżarty rdzą. Dom ogromnej kałamarnicy – wstrętnego sekretu. Dziób utkwił w mulistym dnie. Nie ma dla niej ratunku, nikt jej nie znajdzie i nie wyłowi.

A jednak było w tym wyobrażeniu coś kojącego.

Przyglądała się długo tafli jeziora. Choć częściowo skuta lodem, to w miejscach odległych od brzegu było widać ciemną wodę. 

Tone zostawiła niedopitą herbatę na stole.

Zimny wiatr uderzył ją w twarz, kiedy otworzyła drzwi małej, czerwonej chatki. „Nie chcę już litości” – powiedziała głośno w kierunku jeziora. Tafla pozostała niewzruszona. Poczekała jeszcze chwilę, jakby ktoś miał ją zawołać. Jakby któryś z towarzyszących jej duchów miał wziąć ją za rękę i zaprowadzić do zimnej, ciemnej wody. 

Nic. Cisza.

Tone odwróciła się i zaczęła wędrówkę w kierunku gór. Tylko samotna podróż mogła odpowiedzieć na jej pytania. Obudzi wspomnienia, znienawidzi się za wszystko co zrobiła, a potem być może sobie wybaczy.

Jezioro nigdzie się nie wybiera. 

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply