Norwegia Skandynawia

Przerwa na Rondane

23 czerwca 2020

Wdrapaliśmy się na Gråhøe

Na języku wciąż czuję kwaśno-gorzki posmak. Przed spacerem Konrad wstąpił do kafejki przyklejonej do parkingu po coś do picia. Podaje mi kubek. Spod silikonowej pokrywki dobiega dość dziwny zapach, ale nic. Biorę tęgi łyk, który natychmiast wypluwam stylem „na wodotrysk”. Z wdziękiem charakterystycznym dla damy, rzecz jasna.

Moja herbata nie jest zalana wodą. Moja herbata jest zalana KAWĄ.
Chryste, chłopie. O czym ty wtedy myślałeś?
Okazuje się, że przyciski na ekspresie nie były podpisane. No przecież. Oczywista sprawa.
Taką odwagę w podejmowaniu decyzji w warunkach wysokiej niepewności mogę tylko pochwalić. Mimo wszystko jednak podziękuję.

Słońce wali jak wściekłe, muszę mrużyć oczy, żeby cokolwiek zobaczyć. Mech i porosty chrupią nam pod podeszwami. Wszystko dookoła jest suche jak wiór. Przez chwilę cieszę się tym dźwiękiem, ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej jest mi z tym niewygodnie. Czy tak ma być? Może mech zawsze chrupie w lipcu? Coś w środku mi mówi, że nie bardzo, i że temu miejscu dobrze zrobiłby deszcz.

Siadam na rozgrzanej ziemi. Uderza mnie jak bardzo ten region różni się od Norwegii, którą znam. Miło byłoby tu zostać kiedyś na dłużej i poczuć ten klimat. Potaplać się w nim trochę, zamiast szybko się po nim prześlizgiwać między punktami A i B. Może wiosną albo jesienią.

Rondane Gråhøe Norwegia Border Collie pies wakacje góry

Winter drepcze wokół nas. Kiedy podchodzi bliżej, słyszę węszenie – to jest mój absolutnie ukochany dźwięk. Jak to się wszystko pięknie składa. Moje trzy największe szczęścia – Konrad, Winter i Norwegia, wszystkie na raz. I może to brzmi tanio i naiwnie, ale choinka, na samą myśl robi mi się ciepło w brzuchu. Nie wiem, czego więcej mogłabym teraz chcieć – może tylko tej herbaty. Zalanej wodą, nie kawą rozpuszczalną.

Chciałam mieć na szczycie romantyczne zdjęcie, jak patrzymy z  psem w jednym kierunku, ale Winter zaczyna swoją choreografię. Czołga się na grzbiecie i chrumka. W futro wplątują się jej suche fragmenty roślin. Prawy boczek, lewy boczek, plecki. Na brzuszek, krótkie hau i znów plecki. Są rzeczy ważne i ważniejsze – tarzańsko na liście priorytetów w naszym stadzie jest troszkę wyżej niż pozowanie do zdjęć.

Radosny moment przerywa nam sylwetka na horyzoncie. Obok wysokiej postaci sprężystym krokiem idzie pies. Podchodzą bliżej. Postać okazuje się być dziadkiem, Finem. Pies – puchatym samoyedem. Zamieniamy kilka słów. Rozmowa biegnie wartko, jednak trochę się napinam. Relacje Winter z innymi psami bywają różne, a puchaty koleżka nie za wiele robi sobie z jej przestrzeni osobistej. Właściciel samoyeda śmieje się, kiedy mówię o swoich obawach, ale Winter rzuca mi co chwile spojrzenie, które czytam jednoznacznie – „Mam problem, moglibyśmy już sobie iść?”. Odsuwamy się więc i zaczynamy zejście, kierując się w stronę samochodu. Zanim opuścimy szczyt odwracam się jeszcze, żeby kiwnąć dziadkowi na pożegnanie, ale gość zajęty jest czymś innym. Patrzę i nie wierzę.

Facet wysmarkał się, po czym zużytą chustkę wsunął pod kamień!
No witki mi opadły.
To ja już wolę ten twór kawowo-herbaciany.

Wzdrygam się i wracam na szlak. Idziemy w dół, mech dalej trzeszczy.

Rondane Gråhøe Norwegia

Rondane

Z Parkiem Narodowym Rondane mam taki sam problem jak z Dovrefjell – zawsze jest na niego za mało czasu. Ubolewam nad tym w kółko, jak zdarta płyta (zamiast w końcu zaplanować tam coś grubszego, duh). Zawsze jest przejazdem, przy okazji, po drodze. To niestety trochę za mało, żeby się jakimś miejscem porządnie ponapawać.

Rondane Gråhøe Norwegia

Na górę Gråhøe też trafiliśmy całkiem przypadkiem. Po dość rozczarowującej wędrówce do pomnika przyrody Kvitskriuprestinn mało nam było spaceru (mówiąc NAM mam oczywiście na myśli PSA). Szybkie zerknięcie w przeglądarkę i wiedziałam, że to będzie Gråhøe, I mogę Ci teraz ściemnić, że to przez jakieś obiektywne fakty. Na przykład dlatego, że blisko, że tylko 2 km marszu od parkingu, i że względnie płasko a przed nami dzisiaj jeszcze szmat drogi na południe. Albo, że jest kawiarnia. Ale prawda jest taka, że po prostu kupiła mnie ławka, którą zobaczyłam na zdjęciu w przeglądarce. Skałki, zachodzące słońce i ta samotna ławeczka z widokiem. Od razu załączyło mi się pragnienie posadzenia czterech liter na czymś innym, niż samochodowy fotel i rzucania romantycznych spojrzeń w kierunku horyzontu.

Pal licho, że jest dwunasta w południe i żar leje się z nieba. Gråhøe w Rondane okazał się być stokiem narciarskim. Ławeczka dała przestrzeń na grube ekologiczne rozkminy, zamiast na wzniosłe sam-na-sam z górami.

Na koniec

Życzę sobie, żeby następna historia, jaką sobie przywlekę z Rondane była pozbawiona starych chustek i suszy. W końcu nie po to zabieram ze sobą na urlop tak absurdalnie wielką ilość skarpet, żeby wracać z wędrówek z suchymi. Może nawet być bez romantycznej ławki, wystarczy porządny widok na zachód słońca z namiotu.

Rondane Gråhøe Norwegia

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply