Norwegia Skandynawia

Urodzinowa historia

10 czerwca 2020

Nie wiem, czy kojarzysz pojęcie opowiastki imieninowej. Bardzo prawdopodobne, że nie – ale chociaż ukute przeze mnie, to na sto procent koncept jest Ci znany. Chodzi o taką epicką historię, co ją będziesz opowiadać wnukom po pięćdziesiąt razy, tak jak moja mama opowiada historię o znikającym opłatku wigilijnym w 1976 roku. Historia, którą opowiesz na jakiejś imprezie, gdzie nikogo nie znasz a chcesz błysnąć czymś super, żeby współbiesiadnikom pospadały kapcie. Ja byłam przekonana, że takiej historii się nie doczekam. Że już do końca życia moją flagową anegdotką u cioci na imieninach będzie – przykładowo – ta o tym, jak mając w jednej ręce worek ze śmieciami a w drugiej portfel, wrzuciłam portfel do kontenera.

Z takimi historiami to ja bym była najnudniejszą ciotką świata, a dzieci moich koleżanek bankowo by mówiły coś w stylu – “Ale mamooo, maks pół godziny i wracamy, dobra?” zanim mamuśki zapakują je do samochodowego fotelika.  Na całe szczęście rok 2019 mnie ocalił. Bo oto jest! Historia jak z filmu (może bardziej z powolnej, mikro-niezależnej produkcji niż z Hollywood, ale wciąż), moja osobista. Z happy endem, dramatem i ratunkiem z najmniej spodziewanej strony. Czy rzeczywiście jest super-epicka? Inspirująca? Ważna? Cóż, aż tak to chyba nie. Ale jest na tyle niesamowita – jak na moje standardy niesamowitości – że opowiedziałam ją już chyba każdemu, kto tylko chciał słuchać. I dzisiaj z dziką przyjemnością się nią z Tobą podzielę. Na upartego i morał się jakiś znajdzie.

Plany planami, życie życiem

Chociaż nie nazwałabym się osobą szczególnie zorganizowaną, to akurat snucie podróżniczych planów to jest mój konik. Do tego stopnia, że większość znajomych, gdyby znała skalę szczegółowości moich planów, prawdopodobnie popukałaby się w czoło albo padła ze śmiechu. One oczywiście nie są po to, żeby ich się w stu procentach trzymać. Ale stanowią dobry punkt odniesienia, no i ja to przedwyjazdowe snucie po prostu KOCHAM.

W tych moich wszystkich grubych planach na Norwegię 2019 musiałam uwzględnić swoje urodziny. Nieśmiało sobie założyłam, dość zresztą optymistycznie, że 9 lipca już będziemy na Lofotach. W planach takie urodziny, co ich się prędko nie zapomni – żaden tam komputer, fejsbuk czy World of Warcraft. Nie grill na działce, tylko z przytupem. Że to będą takie hiper-wymarzone urodziny. Będzie ognisko na plaży z takim widokiem, jakie są tylko tam. Oglądanie słońca o północy, herbata, a może nawet jakieś winko w kubku (bo dajcie spokój, kto normalny zabiera kieliszki na kemping).

Jest 9 lipca, wcześnie rano. Wszystko idzie zgodnie z misternym planem. Udaje nam się znaleźć wymarzone miejsce na naszym ukochanym kempingu na Flakstadøya, tuż przy miejscowości Ramberg. Mamy do dyspozycji palenisko i rzut kamieniem do morza. Na niebie ani jednej chmurki, nawet nie wieje jakoś szczególnie mocno. W tym momencie mam ochotę przybić sobie piątkę. Oj Aga, jakim Ty jesteś mistrzem planowania. 

Lofoty Lofoten Flakstadøya Lofoten Beach Camp Norway Norwegia Wanderdogs

Wtem

Kiedy dobrze kogoś znasz, dość szybko orientujesz się, kiedy coś przestaje być w porządku. Przykładowo – kiedy Winter zmniejsza swoją objętość dwukrotnie i z całych sił stara się przekonać otoczenie, że nie istnieje, to automatycznie jest dla mnie informacja, że czas wymiksować psa z trudnych okoliczności. Ludzie robią to w sposób znacznie bardziej subtelny, ale im więcej czasu spędziłeś z kimś wspólnie w jednym pomieszczeniu, tym lepiej to wyczuwasz. Może to coś w tonie głosu, może drobne gesty, które sprawiają, że czujesz się tak, jak po odczytaniu smsa o treści “Musimy porozmawiać”. Ze mnie akurat można czytać jak z otwartej księgi, bo kiedy ja mam zły dzień, to wszyscy mają zły dzień. Paskudna cecha, ale przeważnie rozlewam go na wszystkich wokół, dzielę między najbliższych i razem pływamy sobie w tej mojej trudnej sytuacji. 

Konrad to jest zupełnie inna historia.

Po czym poznać, że Konrad ma kłopoty? Konrad korzysta z tej samej strategii co mój pies – udaje, że nie istnieje. Dosłownie przestaje istnieć dla świata zewnętrznego. Może jego objętość nie zmniejsza się jakoś znacznie, ale wchodzi wtedy w tryb zadaniowy. Chcesz zadać mu jakieś pytanie? Powodzenia, odpowie za pięć lat. O ile w ogóle. Bo jest zbyt zajęty szukaniem rozwiązania i ani mu w głowie – jak to robię ja i pewnie milion innych osób – rozlewać problem i się w nim radośnie grupowo taplać.

Wiedziałam, że coś jest nie tak już w momencie, gdy Konrad kompletnie zniknął z tej naszej idealnej plaży na Lofotach. Podczas gdy ja w pocie czoła usiłowałam postawić nasz zielony namiot. Oho – pomyślałam. Coś się szykuje.

Konrad wyciągnął dosłownie wszystko z naszej terenówy. WSZYSTKO. Matę dla psa, zużyte chustki powtykane w kieszenie samochodu, zapasowy namiot, paczki z makaronem i całą zawartość bagażnika dachowego. 

Uznałam, że to najlepszy czas na uruchomienie procedury o kryptonimie “Ej Konrad, wszystko gra?”. Z rezultatem rzecz jasna dość marnym, bo on był wtedy w zadaniowym transie. Burknął coś pod nosem i zaczął ładować cały majdan z powrotem do samochodu, by po chwili znów wszystko wybebeszać. Ja z braku informacji wciskam mój wewnętrzny panic button, gotowa do założenia majtek na głowę i biegania w kółko jak opętana. W ostatniej chwili Konrad wychodzi z trybu zadaniowego i łaskawie udziela mi infomacji – “Aga, nie ma portfela”.

Lofoty Lofoten Flakstadøya Lofoten Beach Camp Norway Norwegia Wanderdogs

Zaprzeczenie

“No jak nie ma, musi być”.

Teraz moja kolej – wywalam wszystko, zaglądam do schowków, toreb i miejsc, w których nie ma szans, żeby się ten portfel zmieścił. Wyobrażam sobie, że będzie jak w tych wszystkich historiach, w których facet czegoś szuka i nie znajduje. I wtedy cała na biało wjeżdża kobieta – żona, matka lub dziewczyna. Z miną oświeconej wyroczni zagląda do dokładnie tej samej szuflady, w której delikwent dopiero co grzebał. Zdarza się Cud przez duże C. Wyciąga ten śrubokręt, adapter do kart SIM albo krawat w groszki, co go tam przed chwilą z całą pewnością nie było. Mężczyzna uśmiecha się speszony – “Oh, co ja bym bez ciebie zrobił”.

Ale, cholera jasna, nie.

Jesteśmy na najpiękniejszej plaży świata, temperatura o wiele wyższa niż ktokolwiek mógłby się spodziewać taki kawał za kołem podbiegunowym. Mam urodziny. W bagażniku (lub poza nim, bo nie mam pewności na jakim etapie wyciągania i wkładania całego dobytku do samochodu obecnie jesteśmy) czeka drewno na wieczorne ognisko. 

Chociaż wciąż mamy ochotę ubrać majtki na głowę, biegać w kółko i krzyczeć, udaje nam się jakoś okiełznać. Wkraczamy w tryb zadaniowy – jeździmy po wariacku do wszystkich miejsc, w jakich byliśmy w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin. Kemping, port, plaża, parking przy drodze, łazienki, stacje benzynowe i stacje LPG. 
I nic.

Lofoty Lofoten Flakstadøya Lofoten Beach Camp Norway Norwegia Wanderdogs

Targowanie

Nie mamy gotówki, nie mamy dowodów osobistych, nie mamy prawa jazdy. Nie mamy jednej karty, ale drugą znajdujemy luzem w plecaku. Hurra, nie umrzemy z głodu.  Pogoda dalej ładna. A szkoda, bo do kompletu brakuje tylko, żeby się tak koncertowo rozpadało, żeby nam przemókł namiot i żeby pies przegryzł linkę. I chociaż nie pada to siedzimy we trójkę w otwartym namiocie jak zbite psy. Obserwujemy fale i zastanawiamy się co teraz. Winter wzdycha co jakiś czas ciężko, na co obydwoje przytakujemy ze zrozumieniem. Skąd ten pies zawsze wie, jak się zachować – nie mam pojęcia. Powoli zaczynamy sobie zdawać sprawę z głupiego położenia i wymieniamy wszystkie rzeczy, które moglibyśmy zrobić inaczej. Nie trzymać wszystkich ważnych rzeczy w jednym miejscu. Mieć jedno stałe miejsce odkładania rzeczy. Pojechać do Dźwirzyna jak ludzie, a nie na jakieś cholerne Lofoty.

Do konsulatu 1300 km, do domu 2500. Na prom nikt nas już raczej nie wpuści, bo tożsamość Winter to jedyna, jaką na ten moment można zweryfikować. A jeśli nas zatrzyma drogówka? A co jeśli nas skontrolują na granicy? …takich “A co jeśli…?” produkujemy jeszcze kilkadziesiąt, po czym zmęczeni się poddajemy. W powietrzu wisi pytanie: zostajemy czy wracamy.
Ja, rasowy mięczak mówię, żebyśmy wracali. Konrad przeciwnie – skoro już tutaj jesteśmy, a ewentualne kłopoty będą takie same teraz jak i za kilka dni, to może zostańmy. 

Zostajemy. Świętujemy tak jak było w planach – przy ognisku i z bajecznym widokiem. Na całe szczęście nie wpisałam w plan szampańskich nastrojów, bo bym się nieźle przejechała.

Lofoty Lofoten Flakstadøya Lofoten Beach Camp Norway Norwegia Wanderdogs

Akceptacja

Z każdą godziną coraz mniej myślimy o tym nieszczęsnym portfelu, nieszczęsnych dokumentach i nieszczęsnej kasie. O tym, że jesteśmy mimo wszystko jednak trochę (wybacz słownictwo) w dupie. Przez większość następnego i kolejnego dnia udaje nam się nawet całkiem skutecznie udawać, że przecież nic wielkiego się nie stało. Może to odległość, a może wstyd – ale nawet mnie udaje się trzymać buzię na kłódkę. Na SMSy od znajomych i rodziny “Jak tam wam na Lofotach?” odpisuję, że super i pięknie, i dzięki że pytasz, nic złego się nie dzieje, w życiu nie byłam tak odprężona, pogoda też dobrze, istne Bahamy.

Idziemy w góry. Jak gdyby nigdy nic zdobywamy szczyt Offersoykammen. Wieczorem rozpalamy ognisko, i potem – śmierdzący dymem – układamy się w śpiworach i czytamy książki. I oswajam się ze świadomością, że owszem – droga powrotna nam się trochę pokomplikuje, ale w gruncie rzeczy może wcale nic wielkiego się nie stało, Konrad szturcha mnie w ramię i pokazuje ekran swojej komórki. Czytam w naszej mowie ojczystej i nie wierzę:

“Hej, nie zgubiłeś może portfela na Lofotach?”

Nie każdy bohater nosi pelerynę

Nie wiedzieli, czy pisać. Uznali, że ten portfel to tam musi leżeć od roku, bo obczaili profil na fejsie, gdzie wisiały zdjęcia zeszłoroczne – też z Lofotów. A mimo wszystko napisali. Para polskich autostopowiczów rozbijała się właśnie na plaży przy Rørvika. (Pozwolę sobie w tym miejscu na wielkie WOW dla ludzi, którzy podróżują autostopem, na dodatek na takie odległości).

Portfel leżał na kamieniu. Zajrzeli, połączyli kropki, odezwali się. Uratowali nam życie, wczasy i gładki powrót do domu. Nie chcieli nic w zamian. Przelew ze znaleźnym natychmiast odesłali z powrotem z notatką, że nie chcą żadnej kasy. Wystarczy, że będziemy zabierać ludzi na stopa.

Nie mam pojęcia jak zguba znalazła się na plaży, na której nas wcześniej nie było. Być może ktoś znalazł ją na kempingu, przytulił zawartość w postaci gotówki, zabrał na spacer i odłożył w widocznym miejscu. Cała reszta – dokumenty, karty, liściki i stare paragony grzecznie czekały w swoich przegródkach licząc, że ktoś je w końcu znajdzie.

To malutka historia, ale uwielbiam ją całą sobą. Jestem pewna, że jak już się na starość dorobię demencji, to będę ją powtarzać w kółko wszystkim aż do znudzenia, przewracania oczami i “rany, a ona z tym znowu”. To jest flagowy przykład tego, jak często polegam po prostu na ludzkiej życzliwości. I lekcja dla mnie, nie mniej ważna – zluzowanie i poczekanie na to, co sprawy przyniosą jest okej. Można znikać, wciskać panic button albo wchodzić w tryb robota, ale czasami trzy głębokie wdechy i zdanie się na los są jedyną rozsądną rzeczą, jaką można zrobić.

Ale byśmy byli głupi, gdybyśmy się zdecydowali wracać i – powiedzmy na wysokości Trondheim – dostali tę wiadomość.
Ale by wtedy było.

Lofoty Lofoten Flakstadøya Lofoten Beach Camp Norway Norwegia Wanderdogs

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply