Norwegia Skandynawia

Na tropie piżmowołów – spacer w Dovrefjell

23 maja 2020
Porosty w Parku Narodowym Dovrefjell

Park narodowy Dovrefjell to – podobnie jak Rondane – miejsce, w którym zawsze jesteśmy przy okazji. Przeważnie nie mamy możliwości zawiesić się tam na dłużej, bo albo pędzimy na daleką północ Norwegii, albo spieszymy się na prom do Polski. Do tego w Dovrefjell standardowo mamy ogromnego pecha w kwestii pogody – deszcz, wiatr i beznadziejna widoczność. Poranek upłynął nam pod znakiem wpychania przemoczonego namiotu do bagażnika i szybkiego śniadania  – batoników zbożowych schrupanych w samochodzie. To wszystko w towarzystwie woni mokrego psa. Umówmy się – to nie nastraja pozytywnie i nie byliśmy do końca przekonani, czy chce nam się wędrować przy takiej aurze. A mimo wszystko w ostatniej chwili – dosłownie, bo wybierając skręt na skrzyżowaniu – stwierdziliśmy, że jednak zostaniemy tu jeszcze przez moment. I w ten właśnie sposób trafiliśmy na szlak Kongsvold. 

Piżmowoły w Dovrefjell

Kiedy myślę o Dovrefjell, w wyobraźni od razu widzę piżmowoły. Ogromne, zwaliste bestie wylegujące się na żółtej trawie. Oczywiście z młodymi u boku. Ale zaznaczę na samym początku – nam się nie udało. Mimo szczerych chęci, nie widzieliśmy nawet pół zadu piżmowoła, żadnego odcisku kopytka, tudzież smutnego kosmyka piżmowolich włosów zaplątanego w gałęzie. Za to fotografowaliśmy lunetą każdy większy ciemniejszy kamień na horyzoncie – a nuż, a nuż. Tak czy owak nie wyszło, a piżmowoły pooglądaliśmy sobie po spacerze, na Google Grafika.

Nie, ten duży czarny głaz to nie jest piżmowół.

Chęci to troszkę za mało żeby zaaranżować sobie spotkanie z wołem piżmowym. Obranie dobrej miejscówki również  – musisz mieć po prostu farta. A żeby szczęściu troszkę pomóc, można przykładowo wybrać trasę, które przebiega przez siedliska jednej jedynej w Norwegii populacji wołów piżmowych (spryciula ze mnie, co?). Trasy pięknie rozrysowane są tutaj: [klik]

Nam nie pykło, ale…

Gdyby Ci się udało (czego Ci oczywiście życzę, bo nie jestem zazdrosnym żmijusem), pamiętaj, żeby zbliżając się do piżmowoła stosować tę zasadę, która od tysiącleci pcha ludzkość do przodu – nie bądź idiotą. Te ssaki cenią sobie swoją przestrzeń osobistą, poza tym są całkiem spore i mogą zaatakować, kiedy uznają Cię za zagrożenie. 
Druga zasada – uszanuj przyrodę. Nawet gdy jest puchata i fotogeniczna, a Ty bardzo chcesz pokazać cioci Heli i swoim obserwującym na insta zdjęcie najprawdziwszego piżmowoła. 
Dystans 200 m i omijanie po łuku (zupełnie jak z psem, prawda?) powinny załatwić sprawę. 

Ciekawostka: zatrzymując się na siku w Dovrefjell (na parkingach przy drodze E6) zastaliśmy nie tylko fatalne warunki sanitarne, ale też kilka ogłoszeń od znawców tematu. Wydrukowanych na domowych drukarkach lub zapisanych odręcznie na kartkach w kratkę, zapakowanych w foliową koszulkę i przypiętych do drewnianych ścian szaletów. Okazuje się, że ludzie beznadziejni w tropieniu piżmowołów (patrz: my) mogą skorzystać z usług bardziej doświadczonych i umówić się na wspólne oglądanie. Oczywiście opcja nie dla nas, bo my mamy swoje własne, żółwie tempo. Oraz psa, któremu zdarza się od czasu do czasu zgubić mózg. Jeśli chcesz się ustawić na takie safari, możesz też zajrzeć tutaj: [klik].

Ale kto wie, może po kolejnej wizycie w Dovrefjell pokażę wam selfi z piżmowołem. Oczywiście z zachowaniem odpowiedniej odległości.

Kongsvold

Owce

Kongsvold znajduje się przy drodze E6. Przed przyjazdem zakładałam, że Kongsvoll Fjeldstue będzie czymś na kształt tradycyjnej norweskiej wioski, ale nie. To raczej mikrokurort, gdzie można wynająć pokój, zjeść i rozejrzeć się po zabytkowej drewnianej zabudowie i obejrzeć historyczne eksponaty. Chociaż najstarsze budynki pochodzą z 1720 roku, to wiadomo, że karczma stała tam już w dwunastym wieku. Nie wiem jak u Ciebie, ale ja zawsze mam super ciary w takich starych miejscach. Zwłaszcza, jeśli są położone pośrodku niczego. Dookoła Kongsvoll są góry. Ogromne połacie terenu. Pustkowie, krzaki i piżmowoły. Wyobraź sobie prowadzenie takiej karczmy w dwunastym wieku. Kończy ci się akvavit albo mąka na placki, a do Oppdal, najbliższej osady, masz 30 kilometrów. I jeden wóz z koniem, na Odyna.

Ścieżka dydaktyczna

Parkujemy więc przy Kongsvoll i poza fatalną pogodą (nic a nic to nas już nie zniechęca) wita nas… botaniczna ekspozycja z Muzeum Nauki w Trondheim. Naukowcom udało się upchnąć niemożliwą ilość rodzimej roślinności na stosunkowo małym skrawku terenu i wszystkie opatrzeć tabliczkami. Nie ma to jak przedspacerowy trening pośladków przy schylaniu się do każdej jednej etykietki.

No i oczywiście skrzynka na listy! Kocham ideę skrzynek na norweskich szlakach. Bardzo często można je spotkać – w tych popularnych i rzadziej uczęszczanych miejscach. W środku są foldery informacyjne. Tutaj akurat kilka słów od Muzeum Nauki. Milutko. Po lewej w języku angielskim, po prawej po norwesku. Biorę obydwie, żeby podszlifować język.

Skrzynka z ulotkami na szlaku Kongsvold w Dovrefjell

Nie mam pojęcia kto o to dba, ale wszystkie skrzynki jakie widziałam były wypełnione po brzegi, schludne i zadbane. I z drugiej strony – żaden turysta nie wepchnął tam papierzyska po zjedzonym batoniku, a rozmoknięte foldery nie walają się po najbliższej okolicy. Bardzo staram się nie być marudą, ale nie chce mi się wierzyć, że u nas wyglądałoby to podobnie.

Szlak

Owce

Szlak jest piękny. I oczywiście moje różowe okulary pod tytułem “kocham norweską przyrodę w każdej postaci” mogą tutaj troszkę zaburzać mój ogląd, ale serio jest. Wieje, niebo jest szare i kompletnie gładkie. Za to kolory gruntu powoli przechodzą od soczystego zielonego – na tych stosunkowo niskich odcinkach – do poszarzałych zieleni mchu, intensywnej czerwieni i żółci. Jest całkiem jesiennie jak na początek lipca.

Dovrefjell to jest w ogóle mistrzostwo świata dla wielbicieli struktur i faktur. Topograficznych plam na kamieniach i poskręcanych porostów. Runa, które zostało w trawie po jakimś ostrym owczym dzikowaniu. Jeśli lubisz się zatrzymać i gapić w jeden fragment mchu przez bite trzy minuty to jesteś w domu. Zwłaszcza wtedy, gdy dookoła wisi mgła i nie widzisz wysokich szczytów na horyzoncie. 

Porosty w Dovrefjell

A potem się wszyscy dziwią, że jestem takim wędrówkowym żółwiem i każdy plan mi się rozjeżdża. Żałuję, że nie miałam wtedy dzisiejszej umiejętności robienia fotek makro, ale wtedy pewnie na Lofoty dojechalibyśmy trzy dni później niż zakładałam.

Więcej niż jedno zwierzę to…

Owce!

Kocham owce. Przede wszystkim ze względu na ich niesamowity wrodzony talent do modelingu – nie odwracają pyszczków jak Winter i nie poruszają się wtedy, kiedy akurat próbuję złapać ostrość. Ale owce na szlaku Kongsvoll robiły nas jak chciały. I napsuły nam trochę krwi.

W całej mojej miłości do owiec zapomniałam, że przecież przy moim boku dziarsko tupta z krwi i kości pies pasterski. Który w swoim półtorarocznym życiu po raz pierwszy zobaczył owcę z bliska.
Owcę razy trzydzieści, dodajmy.

I powiedzmy sobie szczerze – ja się na owcach nie znam nic a nic. Ja im tylko robię zdjęcia. Winter to border-mieszczuch, co łapie dyski i tropi skórkę pomarańczową. I nie trzeba wiele wyobraźni żeby domyślić, jak taki spacer wyglądał. Bo młoda oszalała kompletnie – obstawiam genetyczne uwarunkowania.
W tym momencie nasza obecność totalnie straciła na znaczeniu. Gdyby nie amortyzator przy smyczy, prawdopodobnie mogłabym się pożegnać z ramieniem w stawie. 

Pierwsza połowa spaceru okazała się lekcją ze skupiania uwagi na przewodniku. Niestety trochę za wysoki poziom na winterkowy móżdżek. Owce skutecznie utrudniały nam robotę, bo kiedy się zbliżaliśmy, one odbiegały na stosunkowo niewielką odległość, wciąż pozostając w polu widzenia. Przesuwaliśmy się metr do przodu – owce także przesuwały się metr do przodu. Spokojnie można by to nagrać z drona i puszczać w przyspieszonym tempie do motywu muzycznego z Benny’ego Hilla.

Sprawę uratowały królicze uszy, które – jak potem z ulgą odkryłam – cierpliwe czekały aż odkryjemy je w plecaku. Króliki – 1, owce – 0.
I chociaż liczba owiec na szlaku raczej rosła niż się zmniejszała, mózg Winter powoli zaczął wracać na swoje miejsce. Kryzys opanowany.

Czarne owce w Dovrefjell

Ptaki i szlak-widmo

Załóżmy, że bilans kopytnych się zgadza. Co prawda owce to nie piżmowoły, ale na bezrybiu… I tak dalej. Jeśli pierwsze pół trasy to był pościg border collie za swoim przeznaczeniem, to drugie pół było pościgiem dwójki wariatów z aparatem za siewką złotą. Od początku wiedzieliśmy, że gdzieś tam jest, bo przez całą drogę słyszeliśmy jej charakterystyczne gwizdy. Im wyżej wchodziliśmy, tym roślinność coraz mniej odrastała od ziemi. W końcu nam się udało ją dojrzeć i sfotografować, chociaż skubana pięknie wkomponowała się w lokalny krajobraz. I teraz mały quiz – zgadnij jak głęboko w wodę wpakował się Konrad, żeby zrobić to zdjęcie:

Siewka Złota

Miałam włączoną aplikację do śledzenia trasy, ale szybko okazało się, że korzystanie z niej nie ma najmniejszego sensu. Nie trzymasz się szlaku. Wiesz, że on gdzieś tam kiedyś był, ale w tej chwili utonął pod wodą niczym Atlantyda. Trzymasz się zatem nielicznych suchych fragmentów trawy. Nie mówimy o klasycznych kałużach, a o względnie bezpiecznych wysepkach na wodzie, która sięga do kostek, a w porywach do pół łydki. Na dodatek o tym, że grunt całkiem utonął dowiadujesz się dopiero wtedy, kiedy twój but cały zanurzy się w wodzie, bo mech całkiem nieźle maskuje bajorka. 

I chociaż nie mogliśmy zdać się na apkę, Norwegowie oddają nam do dyspozycji stare, dobre drewniane tyczki, wysokie na metr. Wyrastają z ziemi co kilkadziesiąt metrów i pozwalają mniej więcej trzymać się właściwej drogi.

Dovrefjell

Ostatni fragment trasy ciągnie się już przez teren względnie suchy, wzdłuż strumienia. Jest przyjemnie, ale brodzenie za siewką i tyczkami dało nam trochę w kość. Schodzimy w dół, a okolica robi się coraz bardziej zielona. Niskie krzaki zmieniają się w drzewka. Na sam koniec spaceru udaje nam się uwiecznić podróżniczka rdzawogardłego – takiego wędrownego wróbla. To samiec – poznajemy po niebieskim śliniaku. Dwie podróżniczki spotykają podróżniczka.

Podróżniczek

I tak, wspominam o tym wyłącznie dlatego, żeby móc napisać to toporne, podróżniczkowe zdanie. Nie żałuję nic a nic.

Podsumowując…

Suche szlakowe fakty od dzisiaj zostawiam na koniec.

Trasa miała długość ok. 8 kilometrów i – jeśli nie liczyć brodzenia w wodzie – była super prosta. Jest płasko, żadnych kamieni ani skalnych półek, do których możecie się przyzwyczaić podczas wędrowania po Norwegii. Oznaczenia są, i to nie tylko w postaci plamy spreju na kamieniach (jak to już wcześniej bywało). Nasza trasa to fragment znacznie dłuższego Szlaku Piżmowołów, który ciągnie się przez Park Narodowy Dovrefjell, wzdłuż drogi E6.

Trasa wędrówki, opis szlaku i wskazówki dojazdu tutaj (przy okazji – bardzo polecam tę stronę, jeśli wędrujecie po Norwegii i szukacie spacerowych inspiracji).

O Szlaku Piżmowołów tutaj. Znajdziecie tam odnośnik do mapki, wskazówki i piękne zdjęcie piżmowoła na otarcie łez.

A jeśli szukasz innych szlakowych inspiracji w centralnej Norwegii, zapraszam Cię na Litlefjellet.

Ślady owieczkowe

You Might Also Like

1 Comment

  • Avatar
    Reply Sylwia 23 maja 2020 at 20:45

    ‚nie, ten duży, czarny głaz to nie jest piżmowół’ – a to dopiero byłby twist! 😀 piękny wpis. Zrelaksowałam się wśród cudnych zwierzątek. A to zdjęcie mchu (???) whoooa sama zatrzymałabym się na kilka minut popatrzeć! Do tej pory bardzo chciałam jechać do Norwegii i poobcować ile się da z przyrodą. Po tym wpisie najchętniej pojechałabym jutro!

  • Leave a Reply